Archiwum kategorii ‘książki’

Dokąd prowadzą nas media?

wtorek, 25 Wrzesień 2007

Przepaść między bogatymi i biednymi jest ogromna, ale między mającymi kontakt z siecią i tymi, którzy nie mają takiego połączenia, jest jeszcze większa.

Wojciech Orliński na początku roku zachęcał do równoczesnej lektury “Kultury konwergencji” Henry’ego Jenkinsa i “Dokąd prowadzą nas media” Krzysztofa Teodora Toeplitza. Obaj autorzy starają się bowiem odpowiedzieć na podobne pytania z odmiennych, aczkolwiek uzupełniających się perspektyw – Toeplitz zmiany w systemie medialnym analizuje niejako “z góry”, koncentrując się głównie na związkach środków przekazu z polityką i kapitałem, podczas gdy Jenkins przygląda się raczej oddolnym inicjatywom użytkowników nowych mediów, w nich upatrując widoku na kulturę konwergencji.

Przede wszystkim jednak, porównanie obu lektur jest ciekawą ilustracją powyższego cytatu z “Wieku dostępu” J. Rifkina. Orliński, pisząc o “Dokąd prowadzą nas media”, zwraca uwagę czytelników na widoczną u Toeplitza nieporadność w posługiwaniu się językiem nowych mediów. Napomina zresztą o tej przypadłości tzw. digital immigrants sam Toeplitz. Niestety, czyni to w kontekście tematu gier sieciowych, bez głębszej refleksji nad wpływem tego problemu na jego własną percepcję nowych mediów.

Toeplitz zdaje się nie zauważać, że kultura internetu jest zupełnie odmienna od kultury masowej, której analizie w dużej mierze poświęcona jest jego książka. W końcowym rozdziale, podczas rozpatrywania mitu globalnej wioski, wielokrotnie przywołuje on obraz gracza “obcującego z wirtualną rzeczywistością”, wobec której “przysługuje mu prawo wszechmocy” niewymagającej “współdziałania z kimkolwiek”, w której “wszystko zależy od arbitralnych decyzji podejmowanych w faktycznej samotności” a “sukces zależy wyłącznie od niego samego”. Pomija Toeplitz przy tym zupełnie fenomen gier sieciowych, w których sukces zależy od współpracujących ze sobą graczy.

Toeplitz wrzuca bowiem do jednego worka telewizję, radio i Internet, nie dostrzegając, że ten ostatni jest czymś więcej niż tylko jednym z mediów elektronicznych, co w konsekwencji prowadzi do konstatacji, iż “nie ma żadnych gwarancji, że wprowadzi nas ona [sieć internetowa] w nową formację kulturalną”.:

Nie można zrozumieć kultury telewizyjnej i gwałtownego jej rozkwitu, jeśli nie uświadomimy sobie, że sam wynalazek telewizji – czy też szerzej: epoki środków elektronicznych, do których należy także radio, komputer i Internet – związany jest ze społeczeństwem zewnątrzsterownym, stając się jego wyrazem i instrumentem.

Nie zauważa, że nowe media elektroniczne nie wpisują się w potrzeby człowieka zewnątrzsterownego, “żyjącego wśród jasno sformułowanych reguł i wyraźnie kierowanych bodźców dotyczących zachowania się w życiu praktycznym”, potrzebującego “takich samych wskazówek i bodźców dotyczących sfery emocjonalnej i imaginacyjnej”.

Uważna lektura, zawartego w książce i świetnego skądinąd, szkicu historii mediów, zmusza zaś do banalnego stwierdzenia, że współczesna sieć ma w sobie nie tylko wiele cech tradycyjnych mediów elektroniczych, lecz chociażby, istotnych z punktu widzenia badania zmian kulturowych, właściwości prasy.

W rozdziale “Prasa: wzlot i upadek opinii publicznej” Toeplitz pisze np. o “ogromnie uproszczonym, a także, zwłaszcza w obecnych czasach, coraz dalszym od prawdy” poglądzie głoszącym, iż “wszelki rozwój środków przekazu i ich coraz większy zasięg utożsamiany jest z postępami demokracji”. Powołuje się przy tym na, zmieniający się od przełomu XIX i XX stulecia, “charakter, a także cele prasy” (rozumiane pierwotnie jako wyraz opinii publicznej), w wyniku sytuacji, w której “wydawanie gazet stało się domeną wielkiego kapitału”.

Tymczasem, kilka rozdziałów dalej, gdy Toeplitz wspomina o blogach, nie znajdujemy już oczywistego porównania tej formy publikacji do pierwszych gazet, które “były z zasady inicjatywą poszczególnych osób, które pełniły równocześnie trzy funkcje – wydawcy, redaktora i autora” i jakiejkolwiek refleksji nad wpływem tych elektronicznych odpowiedników pierwszych periodyków na demokratyzację przekazów medialnych.

Co więcej – wg Toeplitza “wątpliwe jest czy sama sieć jest rzeczywistym przekaźnikiem treści mogących wpłynąć na czyjś sposób myślenia czy postawę, tak jak może się to zdarzyć w wypadku lektury książek, prasy, pod wpływem filmu lub telewizji”.

Analizując dosyć dokładnie przykłady takiego wpływu ze strony mediów tradycyjnych powołuje się on na współczesnych idoli społeczeństwa zewnątrzsterowanego: gwiazdy show businessu, sportu czy polityki, na wzór których odbiorcy medialnych przekazów starają się kształtować swoje postawy. Tymczasem warto tutaj przytoczyć słowa Manovicha, który w “Języku nowych mediów” pisał:

Interaktywne media komputerowe doskonale wpisują się w tendencję eksternalizowania i uprzedmiotowienia operacji myślowych. Sama zasada hiperłączy, stanowiąca podstawę mediów interaktywnych, uprzedmiotawia proces kojarzenia, często uważany za kluczowy dla ludzkiego myślenia. Procesy mentalne – refleksja, rozwiązywanie problemów, zapamiętywanie i kojarzenie zostają zeksternalizowane, sprowadzone do wybrania łącza, przejścia na inną stronę, wybrana nowego obrazu lub nowej sceny. (…) Mówiąc inaczej, zgodnie z uaktualnioną wersją koncepcji >>interpelacji<< wprowadzonej przez francuskiego filozofa Louisa Althussera - jesteśmy zmuszeni do wzięcia struktury czyjegoś umysłu za własny.

Jest to nowy rodzaj identyfikacji, właściwy dla informacyjnej ery wysiłku poznawczego. Kulturowe technologie społeczeństwa industrialnego - kino i moda - skłaniały nas do identyfikacji z czyimś cielesnym obrazem. Media interaktywne skłaniają nas do identyfikacji z czyjąś strukturą mentalną. Widz kinowy, kobieta czy mężczyzna, pożądał i próbował naśladować ciało gwiazdy filmowej, natomiast użytkownik komputera skłaniany jest do podążania mentalnym torem twórcy nowych mediów.

Brak również u Toeplitza istotnego spostrzeżenia, iż w przeciwieństwie do słuchaczy radia czy widzów telewizji, użytkownik Internetu podobnie jak czytelnik gazety, “wybiera interesującego go informacje” mając wpływ na “uszeregowanie i porządek” odbieranych komunikatów.

Autor “Dokąd prowadzą nas media” powołuje się wreszcie na argument, iż “entuzjaści sieci, zachęcając do niej osoby niewciągnięte w tę społeczność, główny akcent kładą na wygodę – pozyskiwania informacji, przesyłania wiadomości, dokonywania rezerwacji czy zakupów”, nigdy zaś wg jego doświadczeń nie powołując się na charakterystyczną przy polecaniu książek, filmów czy widowisk teatralnych, jakość i wartość umysłową ich zasobów. Ów argument Toeplitza, który sam zresztą przyznaje, że komputer służy mu jako “maszyna do pisania i przechowalnia napisanych już tekstów”, ukazuje przede wszystkim wpływ braku osobistego doświadczenia związanego z sieciowymi interakcjami na powierzchowny osąd przydatności danego medium.

Jest to tym ciekawsze, gdy porównamy sposób w jaki Toeplitz opisuje nowe media z jego refleksją nad dwuznacznym charakterem rewolucji kulturalnej wywołanej rozprzestrzenianiem się telewizji jako dominującego środka przekazu drugiej połowy XX wieku:

Jest to paradoks każdego w istocie poszerzenia się granic demokracji, a więc także otwarcia dostępu szerokim masom odbiorców do strzeżonych dotąd przez wąskie elity wartości kulturalnych. Nowicjusze kultury nie przejmują bowiem wszystkiego, co pieczołowicie przechowywali i strzegli ich poprzednicy, nie podzielają także ich atencji dla tradycyjnie uznawanych wartości. Podobnie jak przybyli na tereny Imperium Rzymskiego barbarzyńcy nie szanowali zastanych tu rzeźb czy obiektów sztuki, nie rozumiejąc ich sensu ani potrzeby albo jak wraz z Wielką Rewolucją Francuską zniszczeniu uległy wyrafinowane style artystyczne i formy obyczajowe dawnej elity, tak rewolucja telewizyjna była i jest nadal zarówno upowszechnieniem, jak i deformacją kultury.

Czytając “Dokąd prowadzą nas media” trudno nie zauważyć, iż jesteśmy świadkami sytuacji podobnej, z tą różnicą, że w miejsce barbarzyńców przybyłych na tereny upadającego cesarstwa rzymskiego, mamy do czynienia z przedstawicielem digital immigrants, nowicjuszem kultury konwergencji, którego narzędzia pojęciowe bardziej utrudniają niż ułatwiają zrozumienie nowego otoczenia.

ps. Notkę powyższą pierwotnie opublikowałem jakiś czas temu jako komentarz na blogu Kultura 2.0. Pomyślałem jednak, że część czytelnikow 29,99 trafiających do nas z wyszukiwarek może ona zainteresować – zwłaszcza tych, którzy nie zdążyli jeszcze zapoznać się z książką Toeplitza.

Zobacz także: “Kolonizują Internet!”

Witkiewicz o nowych mediach

niedziela, 17 Wrzesień 2006

Fragment tekstu “Technika przyszłości” Stanisława Ignacego Witkiewicza (źródło: “Nowe media w komunikacji społecznej w XX wieku. Antologia”):

Z czasem postęp elektrotechniki czy może jeszcze innej, na jakiejś subtelniejszej, nie znanej dziś sile opartej techniki doprowadzi do tego, że całe dobro, jakie ludzkość w sztuce zgromadziła, stanie się dostępne dla wszystkich, wszędzie i w każdym czasie. Przenoszenie obrazów i dźwięków będzie rzeczą tak łatwą i zwykłą, że wymiana myśli, współrzędność wrażeń i wzruszeń, stanów psychicznych i uczuć, uczyni z ludzkośći jakby jedną potężną duszę.

Rozlew idei staje się coraz łatwiejszy; materialne środki przenoszenia myśl stają się po prostu częścią naszego organizmu. Czymże jest telefon, jeśli nie spotęgowaniem działania naszego głosu i słuchu? Takie same też będą urządzenia potęgujące siłę naszego wzroku do bajecznych granic.

[...] Z czasem więc obrazy Velazqueza lub Rembrandta, których dziś trzeba szukać w Madrycie lub Antwerpii, będą oglądane jednocześnie na całej kuli ziemskiej – od Pekinu do Zakopanego. Żeby widzieć skutą mrozem pustynię podbiegunową i kipiący nadmiarem przepych życia podzwrotnikowego, dość będzie dotknąć jakiegoś guziczka. I nie tylko widzieć: straszny huk ścierających się lądów lodowych i gwar tysiąca odgłosów duszącego się najwzajem życia indyjskich ostępów będą przychodziły razem z obrazem. Może nawet pełność wrażeń dojdzie do jednoczesnego przeniesienia napięcia elektryczności i temperatury – będziem marzli lub słaniali się w znojnym gorącu; będziemy odurzali się zapachem kwiatów, które zakwitły o tysiące mil dali, lub wzdrygali się z obrzydzeniem od zaduchu rozpadających się cielsk wielorybów… Wszystko to się stanie; zaspokoi mnóstwo pragnień i otworzy jeszcze dalsze horyzonty, rozbudzi jeszcze inne pragnienia i tęsknoty…

Niestety nie jestem w stanie przywołać daty publikacji tego tekstu. Będę wdzięczny za wszelką pomoc w tej materii. Alek Winciorek: “(…) jest to fragment autorstwa Stanisława Witkiewicza (ojca), a nie Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego) i jest to fragment książki (tom prac publicystycznych) “Dziwny człowiek”, która ukazała się we Lwowie w 1903 roku.”

Kapuściński o telewizji, status 29,99

sobota, 9 Wrzesień 2006

Wbrew pozorom nie porzuciliśmy projektu 29,99 – już niedługo wrócimy z mniej lub bardziej regularnymi wpisami.

Ja obecnie pracuję intensywnie nad pracą licencjacką na temat roli telewizji w świecie, w którym coraz silniejszą rolę odgrywają nowe media.

A propos telewizji, Ryszard Kapuściński w swojej książce “Imperium” przedstawia ciekawą teorię na temat jej roli w rozpadzie Związku Radzieckiego:

I wreszcie – pierestrojka zbiegła się z rozwojem telewizji w tym kraju. Telewizja nadała pierestrojce wymiar, jakiego nie miało dotąd żadne wydarzenie w historii Imperium.
[...]
Telewizja przyczyniła się walnie do upadku Imperium. Przez sam fakt, że pokazywała przywódców jako normalnych ludzi, że każdy mógł ich zobaczyć z bliska, widzieć, jak się kłócą i denerwują, jak się mylą i pocą, jak wygrywają, ale również jak przegrywają – przez samo to odsłonięcie kurtyny i wpuszczenie ludu do najwyższych i najbardziej ekskluzywnych salonów dokona się zbawczy i wyzwoleńczy proces desakralizacji władzy.

Kapuściński dochodzi zatem do następującego wniosku:

Rosnąca rola telewizji w polityce sprawia, że na świecie zmienił się kierunek ataku wszelkich zamachowców: dawniej szturmowali oni pałace prezydentów, siedziby rządu i parlamentu, teraz starają się przede wszystkim opanować budynek stacji telewizyjnej. Walki w Wilnie i Tbilisi, w Bukareszcie i w Limie toczyły się o stacje telewizyjne, a nie o pałac prezydenta. Scenariusz najnowszego filmu o zamachu stanu: czołgi ruszają o świcie, żeby zdobyć stację telewizyjną, natomiast prezydent śpi spokojnie, a w parlamencie jest ciemno, nie ma żywego ducha; zamachowcy jadą tam, gdzie jest rzeczywista władza.

Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą - rzeczywistą władzę sprawują media. O ile jednak jeszcze dziesięć lat temu władza ta była scentralizowana i w swojej istocie antydemokratyczna, to obecnie nowe media, posiadające kanał zwrotny, wyrównują możliwości dawnych nadawców i odbiorców.

Więcej na ten temat – już niedługo.

W kleszczach dra Satana

wtorek, 14 Luty 2006

William Gibson, “W kleszczach dra Satana (wraz z Vannevarem Bushem)”:

[…] W 1952, w trakcie gdy oglądałem DRA SATANA w drewnianym telewizorze, prawdziwy cyborg, cybernetyczny organizm w szerszym sensie tego słowa, cierpliwie się rodził. Patrząc w ekran, stawałem się częścią większej całości. Wszyscy się stawaliśmy. I stajemy do dzisiaj. Już wtedy rodzaj ludzki był w trakcie wytwarzania przedłużeń zbiorowego systemu nerwowego. Za jego pomocą ludzkość osiągała rzeczy wcześniej niemożliwe: widziała na odległość, widziała przeszłość, patrzyła, jak martwi rozmawiają, słysząc nawet ich słowa. Wcześniejsze obowiązujące granice świata zmysłów zostały wyraźnie zmienione i rozciągnięte. A proces ten trwał dalej i najbardziej nieprawdopodobny był całkowity brak refleksji, z jakim przeżywaliśmy te zmiany.

Cyborg z literatury science fiction był dosłownie rozumianą chimerą, krzyżówką ciała i maszyny. W rzeczywistym świecie cyborg był przedłużonym ludzkim systemem nerwowym: filmem, radio, telewizją. Spowodował zmianę percepcji tak głęboką, że nie pojmujemy jej, jak sądzę, do dzisiaj. Oglądając telewizję, wszyscy stajemy się cząstką elektronicznego mózgu. Zostajemy zmodyfikowani. W latach 80-ych, gdy “wirtualna rzeczywistość” była na ustach wszystkich, pokazywano nam obrazki… przedstawiające telewizję! Gdy treść jest wystarczająco absorbująca, nie potrzebujesz szczelnie zakrywających oczy gogli VR, by odciąć się od świata. Wytwarzasz własne. Jesteś w innym świecie. Oglądając rzeczy, które najbardziej cię interesują, nie widząc niczego innego. […]

Tłumaczenie: Alek Tarkowski. Gorąco polecam.

Wolna kultura

sobota, 7 Styczeń 2006

lessig

“Wolna kultura” [pl] Lawrence’a Lessiga to fascynująca podróż przez historię rozwoju nowych technologii dystrybucji informacji i ich wpływ na kulturę społeczeństwa zachodniego.

Na zachętę cytat:

Książka ta opisuje wpływ, jaki internet wywarł na świat poza nim samym oraz wpływ internetu na proces tworzenia kultury. Twierdzę, że internet wprowadził do tego procesu ważne, aczkolwiek nierozpoznane zmiany. Wywrócą one do góry nogami tradycję tak starą, jak sama Republika. Większość ludzi odrzuciłaby te zmiany, gdyby potrafili je rozpoznać. Jednak, jak na razie, większość nawet nie widzi zmian, jakie spowodował internet.

[…]

Ogólny podział na to, co wolne, i to, co pod kontrolą, został obecnie zniesiony. Internet stworzył do tego warunki, a prawo – pod wpływem wielkich mediów – zaczęło je realizować. Po raz pierwszy w naszej tradycji zwykłe sposoby tworzenia i dzielenia się kulturą przez jednostki znalazły się w zasięgu regulacji prawnych, które rozszerzyły zakres swojej kontroli na ogromne połacie kultury i na zasoby kreatywności, nigdy wcześniej im nie podlegające. Technologia, która historycznie zapewniała równowagę między wolnym praktykowaniem kultury a praktykowaniem zależnym od uprzedniej zgody, została zniesiona. W konsekwencji jesteśmy w coraz mniejszym stopniu kulturą wolną, a coraz bardziej kulturą zezwoleń.

PS. Wstęp do książki Lessiga napisał Edwin Bendyk – autor równie godnego polecenia “Antymatrixa”.