W doskonałym artykule Łukasz Wróbel opisuje w Gazecie Wyborczej aktualny konflikt (wojnę?) w Strefie Gazy przez pryzmat działań medialnych Izraela.
Izrael ma bowiem ten problem, co wszyscy agresorzy1 od czasu zaistnienia faktycznie masowych mediów – obrazy niewinnych ofiar wśród ludności cywilnej przeciwnika (których nie da się przecież uniknąć w żadnym konflikcie zbrojnym) oraz doniesienia o ofiarach wśród “naszych” chłopców, którzy pojechali na wojnę, trafiają do opinii publicznej – krajowej i zagranicznej (a z powodu uwarunkowań politycznych to właśnie z zagranicznymi reakcjami Izrael musi się szczególnie mocno liczyć). Już Napoleon zauważył, że “trzy nieprzychylne gazety są groźniejsze niż tysiąc bagnetów”.
Z artykułu Wróbla można wnioskować jednak, że Izrael pod względem medialno – pr-owskim przygotował się do tej wojny najlepiej w historii współczesnych konfliktów zbrojnych. Izreaelscy politycy i wojskowi posługując się płynnym arabskim tłumaczą swoje racje w telewizjach Al Jazeera i Al Arabiya (rzecz jeszcze niedawno nie do pomyślenia), w ciągu 48-godzin od nalotów uruchomiono specjalny kanał na YouTube zawierający raporty z działań wojskowych, izraelskie telefonie komórkowe udostępniają abonentom specjalne serwisy informacyjne etc. – ponownie odsyłam tutaj do oryginalnego tekstu, bo jest naprawdę wart lektury.
Warto przy tej okazji wspomnieć o rosnącej roli mediów i generalnie przestrzeni symbolicznej w konfliktach zbrojnych, do której przenosi się coraz większa część działań – od relacji telewizyjnych, po ataki hakerskie na serwisy internetowe wrogiego państwa.
Pierwszą “wojną medialną”, czy też “wojną telewizyjną”, był pierwszy konflikt w Zatoce Perskiej. Kulisy obustronnej wojny medialnej świetnie opisuje Rafał Willa w tekście Dezinformacja, propaganda, walka psychologiczna podczas konfliktu w Zatoce Perskiej 1990–1991, warto jednak dodać, że strona amerykańska jednoznacznie zdominowała przekaz i odbiór wojny w świecie zachodnim – co więcej, to wojskowi poprzez ścisłą i przemyślaną kontrolę mediów narzucili w pełni opinii publicznej swoją wizję.
Jean Baudrillard nazwał wojnę w Zatoce “nie-wydarzeniem” – Sławoj Žižek odczytuje to w ten sposób, że “traumatyczne obrazy pokazujące Realność tej wojny były totalnie cenzurowane”.2 Paul Virillio z kolei stwierdził, że “wojna ta fizycznie odbyła się w Kuwejcie, ale równocześnie rozgrywała się na całym świecie. Miejscem ostatecznego zwycięstwa było nie pole zmagań, ale ekran”.2
O ile w Zatoce walczyli jednak – również – żywi żołnierze z krwi i kości, o tyle amerykańska interwencja w Kosowie w roku 1999 była wojną kompletnie wirtualną – jak efektownie opisuje Edwin Bendyk, “ukryci za swą niewidzialną technologią z wysokości pięciu tysięcy metrów żołnierze (…) niczym greccy bogowie zsyłali gromy – inteligentne pociski, niosące boski komunikat (…).”3 Bendyk ponownie cytuje Žižka, który napisał, że wojna o Kosowo uległa nie tylko wirtualizacji, ale i karnawalizacji – armia serbska szybko schowała swoją broń i wystawiła na cel rakiet NATO tekturowe i plastikowe atrapy.
Jednym słowem – prawdziwa wojna nie odbywała się tutaj “w realu”, ale niemal w całości przeniosła się do mediów: oczywiście to Amerykanie zdominowali przestrzeń symboliczną, ale warto przypomnieć, że Serbowie emitowali m.in. utrzymane w konwencji MTV spoty których zadaniem było przekonanie zachodniej opinii publicznej o tym, że UÇK (Armia Wyzwolenia Kosowa), utrzymuje się z handlu narkotykami.
Szczytowym osiągnięciem wojny symbolicznej był jak na razie atak z 11 września 2001 – stosunkowo niskim nakładem terroryści byli w stanie nie tylko wprowadzić do primetime siebie i swoją sprawę, ale wpłynąć na kształt ogólnoświatowej polityki. Jak pisze Bendyk:
W przypadku 11 września apokaliptyczna rzeź była potrzebna, by przebić najbardziej nawet pomysłowe produkcje z Hollywood i najabsurdalniejsze reality show. Cel został zrealizowany – tragedia dostała primetime, wyzwoliła energię dziennikarzy i intelektualistów, którzy zaczęli żmudną robotę dekonstrukcji aktu zamachu i wprowadzenia go do powszechnego obiegu symboli zrozumiałych dla każdego: strachu, współczucia, winy i wstydu.4
Marcin przypomniał mi jeszcze o niedawnym konflikcie gruzińsko-rosyjskim, podczas którego bardzo aktywni byli rosyjscy hakerzy, m.in. podmieniając stronę gruzińskiego MSZ na zestawienie zdjęć prezydenta Saakaszwilego i Hitlera – obraz ten następnie z upodobaniem wielokrotnie transmitowała rosyjska telewizja pod pretekstem informacji o zhakowaniu serwisu. Dzięki temu prostemu zabiegowi Rosjanie mogli wprowadzić do “oficjalnego obiegu” materiały, które byłyby nie do zaakceptowania według tradycyjnych standardów dziennikarskich.
1 To, kto jest agresorem w tym konflikcie, przekracza z oczywistych powodów tematykę tego bloga – nazywam tak jednak Izrael z powodu przytłaczającej przewagi oraz użycia regularnej armii.
2 Edwin Bendyk, “Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności.”, str. 96
3 Edwin Bendyk, op. cit., str. 100
4 Edwin Bendyk, op. cit., str. 108
Aktualizacja:
What all this shows us is how well Israel understands how western media works, how best to utilise its blind spots and prejudices. Israel clearly has the vision, the networking capacity and the resources to use world media to full effect. If I were the marketing manager of an ailing global product, I’d be taking notes. And we can only wonder what such talents could achieve if only the end goal were really peace, not war.
“Winning the media war”, Rachel Shabi, guardian.co.uk; całość warta lektury
