Archiwum kategorii ‘internet’

Dokąd prowadzą nas media?

wtorek, 25 Wrzesień 2007

Przepaść między bogatymi i biednymi jest ogromna, ale między mającymi kontakt z siecią i tymi, którzy nie mają takiego połączenia, jest jeszcze większa.

Wojciech Orliński na początku roku zachęcał do równoczesnej lektury “Kultury konwergencji” Henry’ego Jenkinsa i “Dokąd prowadzą nas media” Krzysztofa Teodora Toeplitza. Obaj autorzy starają się bowiem odpowiedzieć na podobne pytania z odmiennych, aczkolwiek uzupełniających się perspektyw – Toeplitz zmiany w systemie medialnym analizuje niejako “z góry”, koncentrując się głównie na związkach środków przekazu z polityką i kapitałem, podczas gdy Jenkins przygląda się raczej oddolnym inicjatywom użytkowników nowych mediów, w nich upatrując widoku na kulturę konwergencji.

Przede wszystkim jednak, porównanie obu lektur jest ciekawą ilustracją powyższego cytatu z “Wieku dostępu” J. Rifkina. Orliński, pisząc o “Dokąd prowadzą nas media”, zwraca uwagę czytelników na widoczną u Toeplitza nieporadność w posługiwaniu się językiem nowych mediów. Napomina zresztą o tej przypadłości tzw. digital immigrants sam Toeplitz. Niestety, czyni to w kontekście tematu gier sieciowych, bez głębszej refleksji nad wpływem tego problemu na jego własną percepcję nowych mediów.

Toeplitz zdaje się nie zauważać, że kultura internetu jest zupełnie odmienna od kultury masowej, której analizie w dużej mierze poświęcona jest jego książka. W końcowym rozdziale, podczas rozpatrywania mitu globalnej wioski, wielokrotnie przywołuje on obraz gracza “obcującego z wirtualną rzeczywistością”, wobec której “przysługuje mu prawo wszechmocy” niewymagającej “współdziałania z kimkolwiek”, w której “wszystko zależy od arbitralnych decyzji podejmowanych w faktycznej samotności” a “sukces zależy wyłącznie od niego samego”. Pomija Toeplitz przy tym zupełnie fenomen gier sieciowych, w których sukces zależy od współpracujących ze sobą graczy.

Toeplitz wrzuca bowiem do jednego worka telewizję, radio i Internet, nie dostrzegając, że ten ostatni jest czymś więcej niż tylko jednym z mediów elektronicznych, co w konsekwencji prowadzi do konstatacji, iż “nie ma żadnych gwarancji, że wprowadzi nas ona [sieć internetowa] w nową formację kulturalną”.:

Nie można zrozumieć kultury telewizyjnej i gwałtownego jej rozkwitu, jeśli nie uświadomimy sobie, że sam wynalazek telewizji – czy też szerzej: epoki środków elektronicznych, do których należy także radio, komputer i Internet – związany jest ze społeczeństwem zewnątrzsterownym, stając się jego wyrazem i instrumentem.

Nie zauważa, że nowe media elektroniczne nie wpisują się w potrzeby człowieka zewnątrzsterownego, “żyjącego wśród jasno sformułowanych reguł i wyraźnie kierowanych bodźców dotyczących zachowania się w życiu praktycznym”, potrzebującego “takich samych wskazówek i bodźców dotyczących sfery emocjonalnej i imaginacyjnej”.

Uważna lektura, zawartego w książce i świetnego skądinąd, szkicu historii mediów, zmusza zaś do banalnego stwierdzenia, że współczesna sieć ma w sobie nie tylko wiele cech tradycyjnych mediów elektroniczych, lecz chociażby, istotnych z punktu widzenia badania zmian kulturowych, właściwości prasy.

W rozdziale “Prasa: wzlot i upadek opinii publicznej” Toeplitz pisze np. o “ogromnie uproszczonym, a także, zwłaszcza w obecnych czasach, coraz dalszym od prawdy” poglądzie głoszącym, iż “wszelki rozwój środków przekazu i ich coraz większy zasięg utożsamiany jest z postępami demokracji”. Powołuje się przy tym na, zmieniający się od przełomu XIX i XX stulecia, “charakter, a także cele prasy” (rozumiane pierwotnie jako wyraz opinii publicznej), w wyniku sytuacji, w której “wydawanie gazet stało się domeną wielkiego kapitału”.

Tymczasem, kilka rozdziałów dalej, gdy Toeplitz wspomina o blogach, nie znajdujemy już oczywistego porównania tej formy publikacji do pierwszych gazet, które “były z zasady inicjatywą poszczególnych osób, które pełniły równocześnie trzy funkcje – wydawcy, redaktora i autora” i jakiejkolwiek refleksji nad wpływem tych elektronicznych odpowiedników pierwszych periodyków na demokratyzację przekazów medialnych.

Co więcej – wg Toeplitza “wątpliwe jest czy sama sieć jest rzeczywistym przekaźnikiem treści mogących wpłynąć na czyjś sposób myślenia czy postawę, tak jak może się to zdarzyć w wypadku lektury książek, prasy, pod wpływem filmu lub telewizji”.

Analizując dosyć dokładnie przykłady takiego wpływu ze strony mediów tradycyjnych powołuje się on na współczesnych idoli społeczeństwa zewnątrzsterowanego: gwiazdy show businessu, sportu czy polityki, na wzór których odbiorcy medialnych przekazów starają się kształtować swoje postawy. Tymczasem warto tutaj przytoczyć słowa Manovicha, który w “Języku nowych mediów” pisał:

Interaktywne media komputerowe doskonale wpisują się w tendencję eksternalizowania i uprzedmiotowienia operacji myślowych. Sama zasada hiperłączy, stanowiąca podstawę mediów interaktywnych, uprzedmiotawia proces kojarzenia, często uważany za kluczowy dla ludzkiego myślenia. Procesy mentalne – refleksja, rozwiązywanie problemów, zapamiętywanie i kojarzenie zostają zeksternalizowane, sprowadzone do wybrania łącza, przejścia na inną stronę, wybrana nowego obrazu lub nowej sceny. (…) Mówiąc inaczej, zgodnie z uaktualnioną wersją koncepcji >>interpelacji<< wprowadzonej przez francuskiego filozofa Louisa Althussera - jesteśmy zmuszeni do wzięcia struktury czyjegoś umysłu za własny.

Jest to nowy rodzaj identyfikacji, właściwy dla informacyjnej ery wysiłku poznawczego. Kulturowe technologie społeczeństwa industrialnego - kino i moda - skłaniały nas do identyfikacji z czyimś cielesnym obrazem. Media interaktywne skłaniają nas do identyfikacji z czyjąś strukturą mentalną. Widz kinowy, kobieta czy mężczyzna, pożądał i próbował naśladować ciało gwiazdy filmowej, natomiast użytkownik komputera skłaniany jest do podążania mentalnym torem twórcy nowych mediów.

Brak również u Toeplitza istotnego spostrzeżenia, iż w przeciwieństwie do słuchaczy radia czy widzów telewizji, użytkownik Internetu podobnie jak czytelnik gazety, “wybiera interesującego go informacje” mając wpływ na “uszeregowanie i porządek” odbieranych komunikatów.

Autor “Dokąd prowadzą nas media” powołuje się wreszcie na argument, iż “entuzjaści sieci, zachęcając do niej osoby niewciągnięte w tę społeczność, główny akcent kładą na wygodę – pozyskiwania informacji, przesyłania wiadomości, dokonywania rezerwacji czy zakupów”, nigdy zaś wg jego doświadczeń nie powołując się na charakterystyczną przy polecaniu książek, filmów czy widowisk teatralnych, jakość i wartość umysłową ich zasobów. Ów argument Toeplitza, który sam zresztą przyznaje, że komputer służy mu jako “maszyna do pisania i przechowalnia napisanych już tekstów”, ukazuje przede wszystkim wpływ braku osobistego doświadczenia związanego z sieciowymi interakcjami na powierzchowny osąd przydatności danego medium.

Jest to tym ciekawsze, gdy porównamy sposób w jaki Toeplitz opisuje nowe media z jego refleksją nad dwuznacznym charakterem rewolucji kulturalnej wywołanej rozprzestrzenianiem się telewizji jako dominującego środka przekazu drugiej połowy XX wieku:

Jest to paradoks każdego w istocie poszerzenia się granic demokracji, a więc także otwarcia dostępu szerokim masom odbiorców do strzeżonych dotąd przez wąskie elity wartości kulturalnych. Nowicjusze kultury nie przejmują bowiem wszystkiego, co pieczołowicie przechowywali i strzegli ich poprzednicy, nie podzielają także ich atencji dla tradycyjnie uznawanych wartości. Podobnie jak przybyli na tereny Imperium Rzymskiego barbarzyńcy nie szanowali zastanych tu rzeźb czy obiektów sztuki, nie rozumiejąc ich sensu ani potrzeby albo jak wraz z Wielką Rewolucją Francuską zniszczeniu uległy wyrafinowane style artystyczne i formy obyczajowe dawnej elity, tak rewolucja telewizyjna była i jest nadal zarówno upowszechnieniem, jak i deformacją kultury.

Czytając “Dokąd prowadzą nas media” trudno nie zauważyć, iż jesteśmy świadkami sytuacji podobnej, z tą różnicą, że w miejsce barbarzyńców przybyłych na tereny upadającego cesarstwa rzymskiego, mamy do czynienia z przedstawicielem digital immigrants, nowicjuszem kultury konwergencji, którego narzędzia pojęciowe bardziej utrudniają niż ułatwiają zrozumienie nowego otoczenia.

ps. Notkę powyższą pierwotnie opublikowałem jakiś czas temu jako komentarz na blogu Kultura 2.0. Pomyślałem jednak, że część czytelnikow 29,99 trafiających do nas z wyszukiwarek może ona zainteresować – zwłaszcza tych, którzy nie zdążyli jeszcze zapoznać się z książką Toeplitza.

Zobacz także: “Kolonizują Internet!”

Lekcja Lonelygirl15

wtorek, 19 Grudzień 2006

W styczniu powołując się na Manovich’a pisałem o tym, że wspólnym mianownikiem ruchów opierających się na nowych technologiach jest opór przeciwko zastanym, “sztucznym” konwencjom, dążenie do możliwie bliskiego rzeczywistości realizmu i opartej na nowych mediach, w pewnym sensie paradoksalnej, “bezpośredniości” (“immediacy”).

Tymczasem w grudniowym “Wired” ukazało się interesujące cover-story rzucające trochę światła na problemy z jakimi w praktyce zmagają się twórcy treści udostępnianych i tworzonych za pomocą nowych technologii.

Artykuł pokazuje bowiem kulisy powstawania Lonelygirl15 – niesamowicie popularnej serii klipów publikowanych przez Miles’a Beckett’a i Ramesh’a Flinders’a na YouTube, które w ciągu ostatnich sześciu miesięcy w sumie obejrzano ponad 24 miliony razy.

Tekst jest interesujący z wielu względów. Chociażby dlatego, że unika on sensacyjnego tonu do jakiego mogą przyzwyczaić publikacje w temacie Lonelygirl15 (vide wątpliwy pod kątem praw autorskich artykuł na Interii), koncentrując się za to na sylwetkach twórców i ich motywacji do tworzenia kolejnych odcinków serii.

Przede wszystkim jednak warto podczas lektury zwrócić uwagę na doświadczenia Beckett’a i Flinders’a ilustrujące przepaść jaka dzieli przedstawicieli nowych i starych mediów.

Beckett – zainteresowany tworzeniem interaktywnych historii, w których granica pomiędzy fikcją i rzeczywistością jest rozmyta a widzowie mogą współtworzyć uniwersum postaci poprzez publikowanie własnych utworów nawiązujących do oryginalnej fabuły – relacjonuje spotkanie z pracownikiem jednej z dużych amerykańskich sieci telewizyjnych. Wyraża przy tym przekonanie, że – w opozycji do postawy przedstawiciela nadawcy – internet jest czymś więcej niż tylko medium, które może co najwyżej wspierać promocję ramówki stacji:

It’s a new medium. It requires new storytelling techniques. The way the networks look at the Internet now is like the early days of TV, when announcers would just read radio scripts on camera. It was boring in the same way all this supplemental material is boring.

Namawia również do tworzenia contentu przygotowanego z myślą o nowym medium determinującym odmienne środki wyrazu (chociażby kwestię pracy kamery) i nowy sposób myślenia o konstruowaniu fabuły. Wreszcie – w sposób zdecydowany zwraca uwagę na niestosowność myślenia w kategoriach wyłączności (exclusive) w sieci, która z samej swojej natury powinna umożliwiać dzielenie się umieszczonymi w niej treściami.

Konfrontując to stanowisko z postawą manovich’owskich “fabryk mediów”, które funkcjonując według logiki społeczeństwa industrialnego koncentrują się na kwestii kontroli dystrybucji wytwarzanych przez siebie treści, łatwo można wyobrazić sobie skalę zmian jakich będziemy prędzej czy później świadkami.

Bo choć Beckett i Flinders jak dotąd nie podpisali kontraktu z żadnym z dużych nadawców (barierą wciąż jest odmienne postrzeganie internetu z perspektywy tradycyjnych mediów, które nie respektują zasad nim żądzących) to twórcy Lonelygirl15 tworzą kolejne odcinki coraz bardziej rozbudowanej opowieści z przekonaniem, iż jest to coś ważnego.

Koszty ich produkcji, oglądanych przez setki tysięcy internautów, pokrywają dochody z witryny Lonelygirl15.com. Oficjalna strona hostuje bowiem te same klipy, które można oglądać na YouTube. Różnią się one jedynie tym, że na końcu każdego jest reklama, która pozwala internautom śledzić dalsze losy głównej bohaterki Bree zaś autorom serii kontynuować eksplorację nowego, wciąż w pełni nieskolonizowanego terytorium.

ps. Publikacja niniejszej notki zbiega się w czasie z komentowanym w całej blogosferze tytułem “Person of the Year” nadanym przez magazyn Time wszystkim aktywnym użytkownikom nowych technologii informacyjnych. Rick Stengel – Managing Editor magazynu – w komentarzu do opublikowanych w numerze artykułów ilustrujących tak widoczne w mijającym roku zmiany w krajobrazie mediów, napisał:

“Journalists once had the exclusive province of taking people to places they’d never been. But now a mother is Baghdad with a videophone can let you see a roadside bombing, or a patron in a nightclub can show you a racist rant by a famous comedian. These blogs and videos bring events to the rest of us in ways that are often more immediate and authentic that traditional media. These new techniques, I believe, will only enhance what we do as journalist and challenge us to do it even more innovative ways.”

A więc wracamy tym samym do twierdzenia o charakteryzującym nowe media oporze wobec sztuczności i dążeniu do “bezpośredniości”. Można wprawdzie chwilę zawahać się mając w pamięci burzliwe publikacje z sierpnia, gdy okazało się, że Lonelygirl15 jest reżyserowane. Nie zmienia to jednak faktu, że internautom to wcale nie przeszkadza – wciąż chcą oglądać Bree a nawet z nią korespondować. Najwidoczniej mimo wszystko wydaje się im bliższa niż bohaterowie jakiejkolwiek opery mydlanej nadawanej w telewizji.

Zobacz więcej:
Wired: “The Secret World of Lonelygirl”
Wikipedia: “Lonelygirl15″
YouTube: “Lonelygirl15″

Zazębiające się media

niedziela, 17 Wrzesień 2006

We wstępie do “29,99″ piszemy, że “Internet nie zastąpi telewizji”. Jest to bardziej deklaracja mająca świadczyć o preferowanym przez nas charakterze wypowiedzi niż jakieś autetyczne przekonanie, o którym chcielibyśmy dyskutować. Trudno bowiem mówić o zastępowaniu jednego medium przez inne w świecie dążącym do możliwie maksymalnej integracji poszczególnych kanałów komunikacji. Możemy co najwyżej zastanawiać się, jak będą kształtować się relacje między nimi wraz z postępującą konwergencją. Śmierć mediów tradycyjnych, wieszczona często w kontekście najmłodszych grup wiekowych, jest jednak zdecydowanie przesadzona.

Przeprowadzone w zeszłym roku przez Yahoo! i OMD badanie “Truly, Madly, Deeply Engaged. Global Youth, Media and Technology” wskazuje wprawdzie, że dla młodego pokolenia “digital natives” najważniejsze media to internet i telefonia komórkowa, jednak jego autorzy zwracają jednocześnie uwagę na zjawisko określane przez nich jako “media meshing”. Wiąże się ono bezpośrednio z innymi zachowaniami często przytaczanymi podczas analizy konsumpcji mediów przez osóby między 13 a 24 rokiem życia, a więc współkorzystaniem z wielu mediów na raz i multitaskingiem (wykonywaniem kilku czynności w tym samym czasie).

Samo zjawisko “media meshingu” można zilustrować na przykładzie użytkowników szerokopasmowego dostępu do sieci, z których ponad połowa korzysta z internetu podczas obcowania z mediami tradycyjnymi takimi jak radio, prasa lub telewizja. Naturalnie, wśród osób dysponujących bezprzewodowym dostępem do internetu zjawisko to nasila się jeszcze wyrażniej. Przy czym, według autorów raportu, internet i telewizja to najczęściej współużytkowane lub użytkowane po sobie media.

Przekłada się to bezpośrednio na możliwość “przeskakiwania” z jednego środka przekazu na drugi, np. news podany przez telewizję jest następnie pogłębiany i konfrontowany z różnymi punktami widzenia w sieci. Internet pełni więc w krajobrazie medialnym “digital natives” rolę dopełniającą, umożliwiając pogłębienie tematu, zaś telewizja jest tłem i punktem wyjściowym multimedialnej eskapady. Do podobnych wniosków doszli badacze z Online Publishers Association na podstawie danych z badania “A Day in the Life: An Ethnographic Study of Media Consumption”.

W marcu pisałem o tym, że w erze product placementu zmuszenie YouTube.com do zaprzestania dystrybucji contentu należącego do NBC musi dziwić. NBC swoje działania tłumaczyła wówczas potrzebą promocji własnej marki w Internecie oraz tym, że witryna NBC jest dla internautów “one convenient location” a także, co już bardziej oczywiste i sensowne, względami prawnymi. Kilka miesięcy później NBC i YouTube zawarły porozumienie. Według AdAge na jego mocy YouTube ma hostować content promujący jesienną ramówkę NBC, które z kolei będzie odsyłać swoich widzów na strony YouTube. John Miller, chief marketing officer NBC, określił zaś YouTube jako “idealnego partnera online”.

Rok 2006 jest więc niewątpliwie przełomowy w kwestii współpracy między mediami tradycyjnymi i interaktywnymi. W ciągu najbliższych kilkunastu lat zrezygnujemy prawdopodobnie z obowiązującej dzisiaj nomenklatury nakazującej dzielić media według odbiornika i kanału dotarcia. Przesłanek ku takiemu myśleniu jest wiele – od postępującej cyfryzacji począwszy po coraz większą multimedialność urządzeń służących do odbioru przekazów. Internet staje się coraz częściej centrum tej konstelacji agregując content dotychczas dostępny w bardziej wyspecjalizowanych mediach. Możliwy zaś do zaobserwowania przepływ contentu między “zazębiającymi się” środkami przekazu będzie wraz z następującymi w przyszłości zmianami technologicznymi coraz bardziej naturalny i transparentny.

Nieustanny prime time

niedziela, 30 Kwiecień 2006

Tradycyjny przekaz telewizyjny jest nierozerwalnie powiązany z czasem. W idealnym świecie, w którym wszyscy ludzie (albo przynajmniej w obrębie grup społecznych) pracują w tych samych godzinach, w tych samych odpoczywają i w tych samych włączają telewizor, taki model wydaje się racjonalny.

W prawdziwym świecie – czy też raczej świecie ponowoczesnym1 – obserwujemy jednak postępujące oderwanie od czasu. We wszystkich społeczeństwach rozwiniętych zwiększa się odsetek ludzi pracujących w sektorze usług (charakteryzujących się elastycznym czasem pracy), a zmniejsza zatrudnienie w przemyśle (klasyczne godziny pracy: 8-16, 9-17) i rolnictwie2. Społeczeństwo się rozwarstwia – w coraz mniejszym stopniu stanowi zbiór dużych, spójnych grup (“białe kołnierzyki”, pracownicy fizyczni, gospodynie domowe etc), a w coraz większym konglomerat drobnych, różniących się od siebie nisz.

Rezultatem globalizacji jest polaryzacja społeczeństwa i indywidualizacja. Różnimy się od siebie coraz bardziej, a to znaczy, że jako całość jesteśmy coraz słabiej sprecyzowaną grupą docelową.

Zmienia się również tzw. społeczny model konsumpcji mediów. Rozpad instytucji rodziny sprawił, że coraz rzadziej możemy zobaczyć całą rodzinę skupioną wokół telewizora (oczywiście większym problemem jest to, że coraz rzadziej można zobaczyć rodzinę przy wspólnych posiłkach, skupmy się jednak na telewizji).

(więcej…)

The New Marketing Manifesto

środa, 5 Kwiecień 2006

There is no leadership in our industry anymore; in the agency, media and marketer worlds, few dare to stick their necks out, stand up and be counted. […]

Tymi słowami Joseph Jaffe, autor „Life After the 30-Second Spot”, otwiera manifest Nowego Marketingu zachęcając wszystkich zainteresowanych do jego współtworzenia poprzez komentowanie/trackback. Całość przeczytać można tutaj.

Kolonizują Internet!

czwartek, 23 Marzec 2006

Ludzie rzadko uświadamiają sobie przełomowość okresu, w którym żyją.

Zwykłym człowiekiem z pewnością nie jest magnat medialny Rupert Murdoch, który niespełna rok temu określał się mianem „cyfrowego immigranta”. Dziś, gdy News Corporation – jeden z największych światowych konglomeratów mediowych – po kilku spektakularnych przejęciach stał się jednym z najważniejszych internetowych graczy dorównując zasięgiem takim gigantom jak eBay, MSN czy Google, jego prezes i dyrektor zarządzający staje na czele awangardy nowo-mediowej rewolucji.

W wystąpieniu, które miało miejsce dziesięć dni temu, Murdoch zwraca bowiem uwagę na to, że technologie takie jak sieć WWW, używane przez miliony ludzi nie tylko do rozrywki lecz przede wszystkim do edukacji, sprawiają, że władza przechodzi z rąk właścicieli i zarządzających podmiotami medialnymi w ręce nowej generacji konsumentów:

Power is moving away from the old elite in our industry – the editors, the chief executives and, let’s face it, the proprietors. A new generation of media consumers has risen demanding content delivered when they want it, how they want it, and very much as they want it. […] I believe that the fusion of technology and science allied to the natural creativity embedded in the human spirit will enable us to surmount the dangers we undoubtedly face, and forge a better world for all of us. And equally I believe that what is loosely called the media will play a crucial role in shaping that destiny by facilitating the flow of ideas and the interaction of creative minds. Never has the flow of information and ideas, of hard news and reasoned comment, been more important.

Co więcej, według 74-letniego prezesa News Corp, prędzej czy później Internet stanie się głównym kanałem biznesowej i społecznej komunikacji oraz dostępu do informacji i rozrywki. Oczywiście, co przyznaje sam Murdoch, nikt w tej chwili nie zna recepty na sukces w tym Nowym Świecie. Zwraca jednak uwagę na to, że nowe technologie zazwyczaj umacniają media już istniejące a każde nowe medium sprawia, że starsze stają się bardziej kreatywne i bliższe konsumentom.

Co ciekawe przemówienie Murdocha miało miejsce na spotkaniu istniejącej od 1403 roku londyńskiej organizacji The Worshipful Company of Statnioners and Newspaper Makers, która w XVIII wieku broniła monopolu branży wydawniczej walcząc z pierwszą angielską ustawą określającą okres ochrony praw autorskich. Datowany na 1710 rok „Statut królowej Anny”, będący gwarancją rozwoju kultury opartą na ustanowieniu równowagi pomiędzy interesem wydawców a korzyściami dla społeczeństwa wynikającymi z powstania domeny publicznej, był przez angielskich księgarzy zaciekle zwalczany a później ignorowany.

Echa tych zmagań słychać do dziś. Wszelkie regulacje prawne przedłużające okres ochrony praw wydawców to jednocześnie ograniczenia dla rozwoju kultury. Tymczasem, o czym pisze Lawrence Lessig w „Wolnej kulturze”, w Stanach Zjednoczony w ciągu ostatnich 30 lat, w wyniku nacisku najbardziej zainteresowanych, okres ten wydłużony został trzykrotnie sprawiając, iż “kontrola procesów twórczych, która na początku była drobną regulacją, obejmującą niewielki fragment rynku twórczości, stała się jedynym i najważniejszym regulatorem wszelkiej istniejącej twórczości”.

Oczywiście „najbardziej zainteresowani” to konglomeraty takie jak News Corp, których powstanie w wyniku zmian w zakresie koncentracji i integracji mediów jest według autora „Wolnej kultury” zjawiskiem, które tak naprawdę sprawia, że problem regulacji prawnych związanych z prawami autorskimi staje się istotny. Według Lessiga koncentracja mediów ma bowiem znaczący wpływ na treści przez nie przekazywane:

Produkty takich ogromnych i skoncentrowanych sieci są coraz bardziej podobne do siebie. Coraz bezpieczniejsze. Coraz bardziej sterylne. Produkty programów informacyjnych takich sieci są w coraz większym stopniu dopasowywane do przesłania, które sieć chce głosić. Nie jest to partia komunistyczna, ale od wewnątrz musi to ją trochę przypominać. Nikt nie może kwestionować decyzji bez narażenia się na konsekwencje – niekoniecznie na zesłanie na Syberię, ale na pewno na karę. Opinie niezależne, krytyczne i odmienne są tłamszone. Nie jest to środowisko dobre dla demokracji.

Lessig pisząc o tym, że sama koncentracja mediów jest mniej zatrważająca niż jej charakter, powołuje się zresztą na artykuł Jamesa Fallowsa o Rupercie Murdochu, którego firmy “tworzą teraz system produkcji o nieporównywalnym stopniu integracji”.

Sam Murdoch odnosząc się do obaw tradycyjnych producentów i nadawców treści związanych z pojawieniem się na horyzoncie istotnych zmian w modelu konsumpcji mediów przyrównuje firmy eksperymentujące z nowymi metodami dystrybucji swojego contentu do europejskich odkrywców, którzy sześć wieków temu ryzykowali życie w imię poszerzania horyzontów ludzkości:

In the first Age of Discovery, some six hundred years ago, the great European explorers stood on the rim of the known world and set sail, literally, into the unknown. Technology had given them ships equipped, although barely so, for long voyages. Science provided rudimentary navigational aids, and royal and private treasuries the financing. But what sent Bartolomeu Dias, Christopher Columbus, John Cabot and Henry the Navigator across the ocean was not just a quest for new trade routes to the East. They consciously sought to expand the horizons of humanity, to risk their lives to find a new world.

That is where we are today. We are immeasurably better equipped than our ancestors to face the challenges posed by some of the issues I have raised this evening. But we must not lose our nerve. We must be prepared to take risks and accept that we will make mistakes, sometimes very large ones. Above all we must have what those great seafaring explorers had in abundance: the courage to use the technological change that is unfolding around us to help make a better world.

Niewątpliwie, od conajmniej kilkunastu miesięcy jesteśmy świadkami istotnego wzrostu zainteresowania Nowym Światem jakim jest, dla wielkich graczy na rynku mediów, Internet. Pytanie tylko kto skorzysta na jego kolonizacji budując imperium na wzór szesnasto- i siedemnastowiecznej Hiszpanii.

Jakkolwiek romantycznie by się nie kojarzyły wyprawy, do których odwołuje się Rupert Murdoch, zapoczątkowały one kolonializm i politykę imperializmu. Przyczyny zaś tych ostatnich – między innymi przeludnienie obszarów wyżej rozwiniętych, dążenie do zmonopolizowania handlu międzynarodowego czy po prostu zwykła chęć poszukiwania drogocennych kruszców i surowców – są łudząco podobne do czynników jakie w tej chwili zmuszają konglomeraty takie jak News Corp do eksperymentów w długo ignorowanych przez nie dziedzinach. Porównanie Murdocha wydaje się więc genialną ilustracją obecnie zachodzących zmian. Chociażby w kwestii piractwa, które większości z nas kojarzy się z procederem jaki rozkwitł w rejonach Karaibów na tle rozwoju kolonializmu. Tak czy inaczej, najistotniejszym problemem związanym z mającym miejsce przełomem pozostaje wpływ tych procesów na kształt kultury Internetu. Idealnym przykładem tego zjawiska i potencjalnych zagrozeń z nim związanych są przejęcia serwisów, wokół których skupiają się duże społeczności tworzone przez internautów (NBC i iVillage oraz News Corp i MySpace).

Tomasz Goban-Klas we wspomnianym na początku notki tekście odwołuje się bowiem do esencji myśli Marshalla McLuhana, który twierdził, że technologia elektroniczna będąca medium naszych czasów “przekształca i zmienia charakter stosunków społecznych oraz wpływa na wszystkie sfery naszego życia”:

Zmusza ona do ponownego rozważenia każdej idei, każdego działania i każdej instytucji, które dotychczas uznawaliśmy za podstawowe. Wszystko ulega zmianie – ty, twoja rodzina, sąsiedztwo, wykształcenie, twój stosunek do innych ludzi […] Wszystkie media przekształcają nas całkowicie: nic nie zostanie niezmienione, nietknięte. The medium is the massage. Zrozumienie przemian kulturowych i społecznych możliwe jest jedynie wówczas, gdy rozważymy działanie mediów jako środowiska. Wszystkie media są przedłużeniem naszych zdolności – psychicznych czy fizycznych […] Przedłużenie dowolnego zmysłu zmienia nasz sposób myślenia i działania – sposób, w jaki postrzegamy świat.